Medyk trafnie przypuszczał, że ich nadejście wywrze spore wrażenie na posterunkach Gromady. Obsada potraktowała wędrowców ze szczególnymi honorami. Brudnych i zmęczonych, ale poza tym zdrowych, odstawiono czym prędzej na tyły, do najbliższego sztabu. Byli bohaterami dnia: nie dość, że przetrwali atak i wrócili pieszo do swoich, to jeszcze przyprowadzili jeńca.
Wyczyn godny Ziemian czy Massudów. A tu proszę: Hivistahm i Lepar.
Towarzysze usadzili zaraz Piątego na zaszczytnym miejscu. Cały krąg medytacyjny chłonął uważnie jego doznania. Itepu został powitany o wiele spokojniej. Ot, kilka serdecznych słów, znaczące poklepanie po ramieniu. Lepar się nie przejął; przede wszystkim chciał wrócić do pracy.
Personel medyczny bazy aż nogami przebierał z ochoty przebadania obcego, jednak szybko musiał uznać, że niestety, nie posiada dostatecznego wyposażenia. Pobieżne obserwacje potwierdziły jedynie wcześniejsze wnioski sanitariusza. Jeniec był szatańską zaiste kombinacją cech dwóch ras. Na Eirrosad brakowało sprzętu stosownego, by rozwikłać tę zagadkę.
Postanowiono odesłać obcego najbliższym wahadłowcem zaopatrzeniowym. Ziemianin zareagowałby gwałtownie na nowinę, że zostanie przewieziony jeszcze dalej od swoich, no ale ta istota nie odebrała ziemskiego wychowania. Aszregański żołnierz, trenowany od dzieciństwa w posłuszeństwie Celowi, przyjął nowinę w pokorze. Zadał tylko kilka mało istotnych pytań. To znaczy, miejscowy komendant uznał je za mało istotne, dla Randżiego miały jednak swoją wagę.
Na statek został załadowany w towarzystwie samotnego Lepara. Zaraz potem jednostka skryła się w podprzestrzeni. Wielu zdumiewało się, czemu jeniec poprosił o takie właśnie towarzystwo.
Przydzielony do sztabu psycholog (na stanowisku Trzeciego od spraw mentalnych) uznał, że chyba zna wyjaśnienie:
- To jeniec i Aszregan. Zapewne boi się sondowania umysłu. Zna Leparów i wie, że to prostoduszne istoty. Tego jednego zna szczególnie dobrze. Będzie chciał sprawdzać w rozmowach z nim wiarygodność danych napływających z innych źródeł.
Komendant bazy był Massudem i myślał przede wszystkim o tym, jak zdobyć ten świat dla Gromady. Świat podły, bo wilgotny i deszczowy, ale zawsze świat. Nie interesował się zawiłościami psychologii obcych i był wdzięczny losowi, że dowództwo zabiera jeńca. I bez tego miał dość kłopotów.
Odprawił psychologa bez słowa komentarza.
Podróż trwała dość długo. Cała załoga dobrze wiedziała, jakiego to niezwykłego pasażera ma na pokładzie i że towarzyszy mu, nie wiedzieć czemu, samotny i niewykwalifikowany Lepar. Zdumiewano się rozmiarami jeńca, który odbywał czasem spacery po wydzielonej, pozbawionej ważnych urządzeń części statku. Nikt nie widział jeszcze tak wielkiego Aszregana.
Kapitan statku, S'van, nie krył niezadowolenia z powodu wyznaczonego mu punktu docelowego podróży. Owszem, planeta o nazwie Omafil była wielkim i w pełni wyekwipowanym ośrodkiem badawczym, ale należała do rasy Yula. Kapitan wolałby zawieźć niezwykłego więźnia na którąś z planet S'vanów.
Ale nikt nie spytał go o zdanie. Rada uznała, że Omafil to najstosowniejsza placówka. Leżała dość blisko Eirrosad, a kto wie, czy nie trzeba będzie kiedyś przewieźć jeńca z powrotem na świat, gdzie został pojmany. Czemu miano by tak robić, nie powiedziano. Kapitan z zastanowieniem potarł brodę. Może i racja. Yula to kosmopolici. S'vanowie i tak będą mieć oko na wszystko, może nawet sami poprowadzą badania.
W zasadzie nie było powodu, by kapitan miał się osobiście interesować jeńcem, jednak S'vanowie byli zawsze aż do przesady ciekawi. Czasem graniczyło to wręcz z paranoją.
Załogę tworzyła gromada składająca się z Hivistahmów, O'o'yanów i Leparów. Oficerami byli S'vanowie. Na Eirrosad dodano jeszcze oddział Massudów. Ci ostatni mieli pilnować konwojowanego, ale ponieważ Aszregan zachowywał się cały czas wzorowo, nie mieli wiele do roboty.
Wraz z eskortą zamustrowało też troje ziemskich żołnierzy. Ich podobieństwo do osobliwego Aszregana wywołało wiele szeptanych komentarzy, ale jeniec nie szukał z nimi kontaktu; wolał towarzystwo Lepara. Załoga odetchnęła i komentarze ucichły.
Z drugiej strony nikt nie pojmował, czemu Aszregan upodobał sobie właśnie Lepara. Powszechnie znano milkliwość tej rasy. Poza tym, o czym niby może rozmawiać wrogi żołnierz z niewykwalifikowanym dwudysznym? Domysłom nie było końca.
Yula miał trzy nogi, tyleż rąk i żółtych oczu, patrzących z trójkątnego oblicza. Pod skąpym mundurem kłębiła się jasno-brunatna sierść. Nazywał się Teot i przypominał nazbyt wypchaną pakułami lalkę. Wzrostem porównywalny z Hivistahmem, dzięki sierści wyglądał jednak na bardziej masywnego.
Było to prawdziwe futro, równie grube i gęste jak brody S'vanów, jednak z miększym włosiem. Porastało całe ciało Teota, a właściwy mu wzór cętek i plam był jedyny i niepowtarzalny.
Wprawdzie niezbyt liczni i raczej mało znaczący, Yula należeli do Gromady od setek lat. Byli w pełni oddani sprawie i poświęcali wszystkie siły walce z Ampliturami. Zaliczali się do ludów w pełni cywilizowanych, co eliminowało ich jako żołnierzy, jednak i tak byli przydatni, więc obecność przedstawicieli tej rasy na pokładzie transportowca nikogo nie dziwiła.
Zamieszkiwali tylko trzy światy, z których Omafil był najważniejszy. Kwitło tu rolnictwo i lekki przemysł, w drobnej tylko części zaangażowany bezpośrednio w wysiłek wojenny. Mimo lokalizacji w ważnym strategicznie punkcie galaktyki, Yula wiedli życie pokojowe i niewiele wiedzieli o walce na odległych frontach.
To dlatego wizja goszczenia jeńca nie wywołała u gospodarzy szczególnego niepokoju. Teot próbował uświadomić im ryzyko, ale zbywali jego argumenty machnięciem dłoni.
O wiele więcej zrozumienia dla sprawy wykazywali Hivistahmowie, a szczególnie dwóch spośród nich: Ósmy informatyk i Szósty technik. Wyraźnie lękali się Aszregana i tego, co może sobą reprezentować.
Spotykali się zwykle w komorze bezgrawitacyjnej, najchętniej w porach, gdy nie była zbytnio zatłoczona. Gdy inni obijali się o ściany lub pływali w centralnym labiryncie, trzej konspiratorzy zawisali gdzieś na boku.
Motywy postępowania Teota były proste: nie chciał, by ta szalona maszyna do zabijania trafiła na jego rodzinną planetę. Większość dyskutantów argumentowała zwykle, że pojedynczy jeniec nie stanowi żadnego niebezpieczeństwa, ale Yula wiedział swoje. Pod tym względem myślał bardziej jak Hivistahm, niż jak przedstawiciele własnej rasy, stąd jego bliska komitywa z dwoma jaszczurami.
Z racji stanowiska Ósmy znał wszystkie dane konwojowanego. Szósty i Teot widzieli go podczas spacerów. Nawet krótki kontakt z jeńcem wywarł na nich deprymujące wrażenie.
- Podobno to nowy rodzaj Aszregana - przekazał im ósmy. - Mutant wyhodowany przez Aszreganów specjalnie do walki z Ziemianami.
- Ciekawe, na ile udany - mruknął Szósty.
- Nie mam pojęcia - szczęknął uzębieniem informatyk. - Te dane zostały utajnione. Ale słyszałem kilka plotek. Mówią, że ci mutanci są równie twardzi jak Ziemianie.
- Ale czemu na mój świat? To jedno chciałbym wiedzieć - odezwał się Teot i sprawdził swój translator. - Czemu nie na jakąś planetę Massudów? Albo nawet na Ziemię, gdzie można by go porządnie odizolować. Niech ucieknie, co wtedy? Na Ziemi pewnie żaden problem, ale tutaj katastrofa.
- Sam wiesz czemu - odparł Szósty. - Nie ma żadnego w pełni cywilizowanego świata, który leżałby bliżej Eirrosad.
- A ja uważam, że Rada się boi i sama nie wie, co z nim zrobić - wtrącił ósmy mrużąc oczy przed panującym w bąblu komory blaskiem.
- Ale ja wiem - warknął Yula. - Podejrzewam, że wszystkie paskudne plotki są prawdą, niestety, i że ta istota to owoc najbardziej amoralnego eksperymentu genetycznego Ampliturów.
- Musi być ich więcej - wtrącił technik. - Ampliturowie nie uruchamialiby programu dla wytworzenia jednego tylko osobnika.
- Jasne. Słyszeliście, co stało się na Koba?
- Owszem. - Informatyk aż się wzdrygnął. - Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby uciekł z celi tutaj, na statku?
- Bardziej interesuje mnie, co może się stać na mojej planecie - odezwał się Teot i aż musiał przytrzymać się dwoma rękami ściany. - Ilu zabije, zanim uda się go zniszczyć? Ile domostw spustoszy? Ci niby specjaliści sami przyznają, że mało co o nim wiedzą. Nie znają jego możliwości, potencjału umysłowego czy bojowego. Czemu mamy narażać tak spokojne miejsce, jak Omafil, na wizytę bestii? - Spojrzał uważnie na kompanów. - Yula nigdy nie uchylali się od działań na rzecz Gromady. Czemu wystawiać ich na dodatkowe ryzyko?
- Nie chodzi o to, by wam dokuczyć. - Szósty uznał, że wobec takich argumentów musi przypomnieć oczywiste. - Przyczyną jest pośpiech. Trzeba jak najszybciej dokładnie przebadać tego Aszregana.
- Nie uznaję takiego tłumaczenia - odparł nieco urażony Teot. - Nie jesteśmy zapewne równie rozwinięci jak wy czy parę jeszcze innych ras, ale nie potrafimy pogodzić się ze świadomością, że ktoś taki, jak ta istota, żyje tuż obok nas.
- Jestem niemal pewien, że jego obecność na Omafil zostanie utrzymana w sekrecie - syknął z cicha Szósty.
- Yula cenią sobie jawność - warknął urażony Teot. - Bardzo mi się to nie podoba. A jeśli to dopiero początek gnębienia mego świata? A jeśli Rada postanowi zwozić tu wszystkich pojmanych mutantów? Plotki głoszą, że już jeden jest straszny. A cała ich chmara? My nie walczymy, jesteśmy cywilizowani, więc jakby co, staniemy bezradni. Trzeba będzie sprowadzać naprędce Massudów, by zażegnali groźbę. Albo i gorzej... - dodał wyraźnie przerażony. - Trzeba będzie wzywać Ziemian.
- Zgadzam się - stwierdził Ósmy. - Ja też nie chciałbym widzieć takich potworów biegających luzem na mojej planecie.
- Niech sobie ci gorliwi naukowcy sami polecą na Eirrosad i tam badają te stwory - dopowiedział Teot.
- Co naprawdę możemy zrobić? - spytał Szósty.
- Naprawdę nie wiem - powiedział Yula i mrugnął trojgiem oczu. - Tak jak wy, jestem tylko technikiem, ale wiem jedno: to zbyt ważna sprawa, by zostawiać ją w gestii naukowców. Oni nigdy nie patrzą dalej swego nosa.
Obok przepłynęła pogrążona w zabawie grupka S'vanów, więc konspiratorzy na chwilę zamilkli.
- Dwuznaczna sugestia.
- W żadnym razie - obruszył się Teot. - Proponuję tylko, aby ci z nas, którzy kręcą się blisko naukowego towarzystwa, zaczęli pilnie patrzeć tym wszystkim mędrkom na ręce.
Dwoje zamyślonych specjalistów od kontaktów miedzyrasowych przyglądało się uważnie więźniowi. Mimo okazywanej chwilami skłonności do współpracy osobnik wciąż stanowił zagadkę.
Jednym z tej dwójki był S'van z obliczem skrytym pod gęstą, czarną brodą. Jeszcze bujniejsze włosie wyglądało spod mankietów, wydatne brwi niemal całkiem kryły oczy.
Towarzyszyła mu znacznie wyższa Massudka w pokładowym umundurowaniu, narzuconym na srebrzystą sierść. Wielkie i szare, kocie z kształtu oczy śledziły uważnie każdy ruch jeńca. Wibrysy drżały nieustannie, zęby błyskały w wykrzywionych nerwowo ustach.
- Wciąż nie pojmuję - powiedział S'van spokojnie. Randżi dobrze znał jego głos i wiedział, że nie ma co się obawiać tej istoty. S'vanowie zawsze byli uprzejmi i łagodni.
Massudka robiła inne zgoła wrażenie. Wyższa od Randżiego, chociaż nie tak silna, skupiała właśnie uwagę na jakimś urządzeniu, zapewne rejestratorze głosu czy obrazu. Randżi nie przejmował się badaniami; nie miał niczego do ukrycia.
Nastawił ucha. Otrzymany na miejsce uszkodzonego, nowy translator przełożył treść rozmowy obserwatorów.
- Reakcje typowe dla Aszregana - mówił S'van. - Również w przypadku podchwytliwych testów.
- Widzę to podobnie - odparła Massudka. - Umysłowo i emocjonalnie to Aszregan, ale typ fizyczny... Unikalny. Widziałeś wstępne wyniki badań medycznych?
S'van pokiwał głową.
- Ziemianin. Nie różni się specjalnie od tych, którzy służą w naszych szeregach. A przecież oba te gatunki, chociaż zewnętrznie podobne, reprezentują dwie różne ekosfery. W przypadku tego osobnika mamy łuki dereniowe, cofnięte uszy, podobne głębokie oczodoły, płaski nos i dłuższe palce z dodatkowym paliczkiem, ale poza tym to Ziemianin. - Spojrzał na ekran podręcznego analizatora. - Lecz fizjologia to nie nasza sprawa. My skupimy się na jego umyśle.
- A co niby zamierzacie z nim zrobić? - spytał uprzejmie Randżi. - Nie wyniknie z tego jakaś bieda?
- No, proszę! - ucieszył się S'van. - Zupełnie jak Ziemianin. Aszreganie nie przejawiają nigdy sarkazmu w podobnych okolicznościach.
- To nie był sarkazm - stwierdził Randżi i rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Nie rozumiecie nas. Możemy wyglądać jak Ziemianie, ale myślimy w zupełnie innych kategoriach... I dzięki niech będą Celowi! Wasz upór zaczyna być nużący.
- Jesteś bardzo pewny siebie, a ja mam wątpliwości - mruknął S'van. - Przez wieki mieliśmy okazję przebadać tysiące Aszreganów i znamy dość dobrze ich profil osobowościowy.
- W zasadzie dobrze byłoby zaprosić do zespołu jakiegoś ziemskiego specjalistę - zasugerowała Massudka. - Nie żeby brakowało ci kompetencji, D'oud, ale...
- Rozumiem, jednak pozwolę sobie wyrazić odmienne zdanie. Nie wiem, czy coś by nam z tego przyszło.
- A tak w ogóle, to co zamierzacie ze mną zrobić? - spytał Randżi. - Bo jak dotąd, każdy mówi co innego. Naukowcy spojrzeli nań z wyrzutem.
- Zostaniesz umieszczony na jednym ze światów Gromady, gdzie poddamy cię kompleksowym badaniom. Niepokoisz nas. Podejrzewamy, że jesteś mutantem, chociaż nie wiemy jeszcze, jak powstałeś. Specjalistów czeka sporo pracy. Na razie przyjęliśmy, że twoje ziemskie cechy są wynikiem interwencji Ampliturów, pragnących uzyskać bardziej skutecznych żołnierzy. Wasi panowie to mistrzowie w bioinżynierii na wielką skalę. Z doświadczeń na Koba wiemy, że nie jesteś odosobnionym przypadkiem.
- Nie mam nic wspólnego z Ziemianami - odparł Randżi, opanowując złość. - Jestem stuprocentowym Aszreganem.
- Ciągle to powtarzasz i nie wątpię, że naprawdę tak myślisz. Rzetelne badania wszystko wyjaśnią. - S'van błysnął oczami.
- Jesteś wyższy, silniejszy i sprawniejszy niż przeciętny Aszregan. Raporty z Koba sugerują wzmożony poziom agresji. Krótko mówiąc, przypominasz Ziemianina. Jak Ampliturowie tego dokonali, jeszcze nie wiemy, ale oni potrafią przykrawać DNA równie łatwo, jak ty upolowaną zdobycz. - Usta Massudki skrzywiły się z emfazą.
- Ampliturowie nie mają nic do rzeczy. Jestem Aszreganem i nikim więcej. Wasze badania tylko to potwierdzą.
S'van westchnął, wyłączył analizator i wstał. Rozmowa dobiegła końca.
- Przychodźcie, kiedy chcecie, zawsze chętnie was ujrzę - uśmiechnął się Randżi. - Nawet wroga można czasem przekonać do ideałów Celu.
- Trzeba zmienić metody badań - mruknął S'van w progu. - Same wywiady niewiele dają... - Drzwi zamknęły się i ucięły jego wypowiedź w połowie zdania.
Niedługo potem pojawiła się w nich znajoma płaska twarz Itepu. Ostatnimi czasy to on przynosił zawsze Randżiemu posiłki, co stwarzało dodatkową sposobność do rozmowy. Lepar chętnie podejmował konwersację pod warunkiem, że nie tyczyła spraw nazbyt złożonych. Wiele można było nauczyć się od Aszregana, a Itepu lubił się uczyć.
Randżi usiadł na leżance i przyjrzał się daniu. Jak zwykle, wyglądało obco, ale bez wątpienia było jadalne. Stosowne zaprogramowanie dozowników żywności nie stanowiło problemu, Gromada brała więźniów od setek lat. Nawet jeśli nie dogadzała im co do smaku, to nigdy nie morzyła głodem.
W ogóle traktowano go całkiem dobrze, dostał nawet typowe dla Aszreganów sztućce. Itepu przyglądał się teraz w milczeniu, jak Randżi robi z nich użytek.
Przyjaźń łącząca Lepara z jeńcem była tylko pozorem; Randżi dobrze wiedział, że ta troska ma na celu skłonienie go do współpracy. Jeśli mają nadzieję, że przerobią go na swoją modłę, to czeka ich przykre rozczarowanie, stwierdził w duchu. Pałaszował wiedząc, że musi mieć wiele siły. Nawet jako więzień może przecież nadal służyć Celowi.
- Jak przeszła sesja? - spytał Itepu, balansując ogonem.
Randżi przełknął coś różowego i mięsistego. Już dawno uznał, że podejrzliwe badanie zawartości talerza nie ma sensu. Chcąc żyć, musiał jeść, a jego nadzorcy mieli i tak dość sposobności, by podać mu dowolne specyfiki, bez uciekania się do kulinarnych podstępów.
- Chyba pogłębiłem ich frustrację - odparł z pełnymi ustami. - Wydaje mi się też, iż trochę się mnie boją. No i dobrze. Powinni się mnie lękać. - Sięgnął po kulkę pęczaku i spojrzał na Lepara. - Ty pewnie też się mnie boisz, co?
- Jasne. Cywilizowane istoty zawsze czują się niepewnie w towarzystwie kogoś gotowego zabijać.
Randżi oddarł kawałek czegoś brunatnego.
- Ale Ziemianina bałbyś się bardziej.
- Ziemianie to nasi sojusznicy. Ich się nie boję.
Randżi przełknął.
- Nauczono mnie walki, ale i obserwacji. Wy badacie mnie, ja was. Mam wrażenie, że kłamiesz.
Itepu nie odpowiedział.
- Ci przed tobą wyliczyli, ile to cech Ziemianina podobno posiadam. Twierdzą, że Nauczyciele wpoili nam je z pomocą "bioinżynierii", abyśmy walczyli jak Ziemianie. Widzę, jakim tonem mówicie wszyscy o tych z Ziemi. Pouczające. Sam wiem, jacy Aszreganie są do nich podobni; nie jestem głupcem, by zaprzeczać, ale to nie oznacza jeszcze genetycznego pokrewieństwa. Owszem, jestem większy, silniejszy i groźniejszy niż przeciętny Aszregan, ale nie rozumiem, czemu wasi naukowcy wyciągają z tego aż tak osobliwe wnioski.
- Też nie wiem - odparł cicho Lepar. - To leży poza sferą mojego pojmowania.
- Wiem. Jesteście ludkiem prostym, ale tym bardziej nie rozumiem, jakim cudem pozostajecie wciąż ślepi na piękno Celu. Mimo różnych oficjalnych deklaracji, wciąż pomiata się wami w Gromadzie. We Wspólnocie byłoby to niemożliwe. Stalibyście się równi Krygolitom, Aszreganom i Nauczycielom.
- To prawda, że jesteśmy prostoduszni - stwierdził ostrożnie Itepu. - Ale dość mamy rozumu, by realistycznie ocenić sytuację. Cokolwiek powiesz, nie ma czegoś takiego jak absolutna równość. Poszczególne rasy są odmienne i nie da się zrównać ich na siłę. Wiemy o tym i świadomi takich ograniczeń, nie desperujemy po próżnicy. Czujemy się niezależni i nie zamienimy tego na niejasny obcy ideał.
Randżi westchnął i odsunął talerz.
- To pokrętne myślenie. Gdybyśmy mieli więcej czasu na rozmowy, może otworzyłbym ci oczy na prawdę.
- To miłe, że troszczysz się tak o stan mojej psyche.
Chwilowo zniechęcony Randżi sięgnął po napitek. Był miło kwaskowaty.
- Lubię cię, Itepu, Leparowie w ogóle dają się lubić. Myślę, że reprezentujecie to, co w Gromadzie najlepsze. Chociaż tkwicie w błędzie, jest w was jakaś niewinność, uczciwość, brak wam obłudy wysoko rozwiniętych ras.
- I ja cię lubię, Randżi-aar. Cieszę się, że pozwolono mi towarzyszyć ci w podróży. To musi być straszne uczucie przebywać pośród samych obcych, z dala od rodziny, znajomych, rodaków. - Lepar aż poruszył nerwowo ogonem. - Ja bym tego nie wytrzymał.
- Bo nie jesteś wojownikiem. Nie możesz się winić, że nie potrafisz czegoś z racji swojego urodzenia. Każdy z nas ma swoją rolę do odegrania, swoje miejsce w nietrwałej wspólnocie żywych.
- A ty wiesz, jaka rola tobie przypada w udziale?
- Oczywiście - odparł Randżi bez wahania i przysiadł na łóżku. - Walczę dla Celu. Walczę tak, by moja rodzina i bliscy byli ze mnie dumni.
- I niewątpliwie ich nie zawodzisz - stwierdził Itepu. Zaczynał tęsknić za pełnym wody basenem, gdzie Leparowie spędzali zwykle czas po służbie. - To musi być wspaniałe być zawsze pewnym swych racji i bez wahania odróżniać dobro od zła. Niestety, Leparowie są dość ograniczeni i wszechświat nas przytłacza. Ten bezlik możliwości, nieogarnione zróżnicowanie... Nie zawsze potrafimy wybrać. Gdyby to wszystko było prostsze, to i my radzilibyśmy sobie lepiej, jak S'vanowie, Aszreganie czy Ampliturowie.
- Nauczyciele? - spytał zdumiony Randżi.
- Tak. Leparowie podziwiają Ampliturów. Nie godzimy się jedynie ze stosowanymi przez nich metodami. I zamiarami.
- Nie zawsze musi tak być. Możecie zmienić zdanie.
Itepu otworzył drzwi.
- Chyba wolelibyśmy, aby to Ampliturowie się zmienili. - Przystanął w progu. - Mam nadzieję, iż nie stanie ci się żadna krzywda, Randżi-aar. Mam nadzieję, że dożyjesz późnej starości między swymi. Intrygujesz mnie, jednak wiem, że nigdy w pełni cię nie zrozumiem.